Łuk ogniowy – narzędzie wykradzione bogom.


 

 

W czasach kiedy ogniem władali jedynie uzbrojeni w gorejące pioruny bogowie to prymitywne narzędzie było czymś wręcz magicznym. Pozwalało rozniecić ogień w przeciągu kilkudziesięciu, a we wprawnych dłoniach, zaledwie kilkunastu sekund.

Zanim nastały krzesiwa i wreszcie zapałki czy zapalniczki, łuk ogniowy długo pozostawał wynalazkiem dla ludzkości przełomowym.

Nic nie stoi na przeszkodzie, by to pra-cudo sklecić własnoręcznie. Do tego celu potrzebujesz odpowiednich materiałów, odrobiny zaparcia i wyobraźni:

Drewno powinno być suche, ale nie spróchniałe, najlepiej z uschniętych, wiszących jeszcze na drzewie gałęzi lub całych uschniętych drzewek. Świder możliwie prosty o długości 20-30cm i grubości mniej więcej kciuka, zaokrąglony u dołu, od góry zaostrzony jak ołówek. Deseczka około 1,5-2cm grubości. Optymalnym wyborem dla klocka dociskowego byłby ten sam gatunek drzewa, z którego zrobiono resztę komponentów, ewentualnie z drzewa twardszego.  „Łuk” nie jest terminem przypadkowym i należy go wykonać ze świeżej, giętkiej, wygiętej w kształt łuku gałązki o długości ok. 60cm. Cięciwy nie należy napinać zbyt mocno. Doskonale sprawdzi się w tej roli gruby, wycięty ze skórzanego paska rzemień  –  takie z maszyny do szycia twojej babci wydają się wręcz do łuków ogniowych stworzone. McGyver poleciłby pewnie jeszcze linkę od starterów (np. taką do odpalania silników kosiarek spalinowych lub pił łańcuchowych) i nie pogardziłby też linką spadochronową.

 

 

Drewno drewnu nierówne, dlatego korzystając z doświadczeń przodków, wybierz takie gatunki drzewa i ich kombinacje, które wielokrotnie i z sukcesem przetestowano.

Jeśli świder, to najlepiej z leszczyny, a deseczka z sosny. Resztę możesz dokompletować, korzystając z topoli albo brzozy.

W przypadku gdy ograniczasz się do jednego gatunku przy wyrobie wszystkich drewnianych elementów łuku ogniowego, świetnie zdadzą egzamin: lipa, wierzba, sosna wejmutka, jawor, klon, jodła, dzika róża, sosna wydmowa, czarny bez, świerk, jodła modrzew, wiąz.

Drewno już pozyskałeś z ogródka sąsiada, pozbawiłeś skórzanego paska napędowego starego Singera swojej babci, skleciłeś wszystko do kupy, ale co dalej?

Najpierw robisz nożem małe zagłębienie i zaczynasz wiercić w podstawie, przesuwając łuk w tył i przód, aby nadać świdrowi ruch obrotowy. Na początku delikatnie, później mocniej dociskając aż pojawi się dym. Jest dym, jest dobrze.

Następnie robisz nacięcie w kształcie V które ma sięgać do środka gniazda

Zaczynasz znowu „operację wiercenie”, jednak teraz pod nacięcie podkładasz coś, co posłuży za podpałkę (korę, liść, hubę, cienką deseczkę). Dym gęstnieje, wtedy dociskasz mocniej, zwiększasz tempo i jeszcze przez chwilę wiercisz.

Brzmi trochę jak opis dziwacznego, podszytego drewnianym fetyszem, aktu seksualnego, ale co poradzisz, tak to działa.

Resztę załatwią za nas nasze płuca i umiejętność „rozdmuchania ognia” w podpałce.

Tyle skrótowo i w teorii, w praktyce nie jest już tak prosto, zwłaszcza dla nowicjuszy. Nie jest to również sztuka, której trzeba się uczyć przez lata na buszmeńskich wyższych uczelniach. Wystarczy kilkadziesiąt minut ćwiczeń, by poradzić sobie z wykrzesaniem ognia.  

 

Współczesnych adeptów tej zamierzchłej sztuki, którym opis i rysunek wydają się zbyt archaiczną formą przyswajania wiedzy, odsyłamy (tak półżartem, pół serio) do skarbnicy wszelkich „tutoriali”, jaką jest platforma YouTube – znajdziecie tam mnóstwo prób mniej lub bardziej udanych.

Tymczasem, do dzieła! Nigdy nie wiadomo, kiedy zapomnisz do papierosów dokupić zapałek. 😉

Dodaj komentarz